Jezioro Rainbow – Jurassik Karp Lake

Jezioro Rainbow – Jurassik Karp Lake

0 483

W drugi dzień świąt zaczyna się moja karpiowa przygoda życia.Jak by mi ktoś powiedział że część świąt i Nowy Rok spędzę na zasiadce karpiowej, to jeszcze parę tygodni temu śmiałbym się z tego, w ogóle nie biorąc tego pod uwagę. Ale jest jedno miejsce które elektryzuje samą nazwą wszystkich karpiarzy na świecie, wędkują tam sławy naszego światka i co jakiś czas dochodzą stamtąd wieści o nowym rekordzie.

 

Ryby trzydziesto kilowe to wisienki na torcie, dla zapaleńców którzy odwiedzają to miejsce, a to jeszcze nie wszystko bo na nasze zestawy może pokusić się ryba 40lb+ i to dla tych ryb odbywają się tu pielgrzymki karpiarzy z całego świata.
 

Wszystko to fascynuje, problemy zaczynają się w momencie kiedy zaczyna się rozmowa o rezerwacji  łowienia. Wszyscy którzy próbowali tego dokonać wiedzą że nie jest to łatwe, próby dodzwonienia się, faksowanie zapytań itd. najczęściej kończą się fiaskiem. Każdą szansę łowienia na tej wodzie traktuje się bardzo poważnie i trzeba być gotowym.
Na mnie spada jak to zawsze bywa taka propozycja dość nieoczekiwanie, ale mimo że termin jest jaki jest, staję na głowie żeby wszystko zorganizować.
Niektórych rzeczy nie udało się przeskoczyć i mimo że mogłem łowić od 23grudnia to troszkę z czystszym sumieniem wyjeżdżam 26 grudnia.
No i zaczyna się kilka dni przed wyjazdem kompletuję potrzebny sprzęt, na ile mogę zgłębiam moją wiedzę na temat tego jak tam się łowi, wiem że będę na 19, przeglądam wszelakie info dotyczące tego stanowiska.
 



 

Trochę o sprzęcie. Po pierwsze na co wszyscy zwracają szczególną uwagę to to żeby sprzęt był super mocy, nic nie może nas zawieść bo możemy spotkać naprawdę duże ryby które uwielbiają tamtejsze zatopione drzewa. Ledcory 60lb/80lb, plecionki przyponowe 35lb/45lb, haczyki super strong, tu chyba ciężko przesadzić z mocą sprzętu. Jedyne co jest nieco łagodniejsze to wędziska z okazji tego że jako linkę główną stosujemy plecionkę i wszystko mamy dokręcone na max to wędka pozostaje jedynym w miarę elastycznym materiałem który musi oddać troszkę bo inaczej możemy rozerwać rybie pysk. Idealnie sprawdzą się kije 2,75 /3lb z akcją szczytową. Moim faworytem na plecionkę w którą uzbroję tzw. bezpieczne klipsy to  Solar 80lb contour unleaded ma przewagę nad ledcorem bo dużo dokładniej dolega do dna. Pamiętajcie tylko o sklejeniu zaplecionych kawałków!!! Plecionka przyponowa to quicksilver firmy Kryston 35lb i 45lb. Haki  dwa rodzaje tzw. banan firmy Carp`R`us który jest moim faworytem i Solar Ls Stronghold. Jeden i drugi haczyk został użyty do tzw. zestawu blowback z kółeczkiem przesuwającym się po ramieniu haka. Kołowrotki i wędki według uznania ja zabrałem moje ulubione Daiwy infinity sp i Century NG uzbrojone kołowrotkami Daiwy. Do tego tony ołowiu i drobnych innych akcesoriów. Przy wiązaniu tego wszystkiego zwróćcie szczególną uwagę na wytrzymałość węzłów. To zdanie przed wyjazdem słyszałem kilka razy i utkwiło mi ono bardzo i te osoby które będą miały okazję się tam wybrać niech też bardzo poważnie do tego podejdą.
RAINBOW NIE WYBACZA!!!
Sprawdźcie wszystko parę razy żeby najlepszy wyjazd nie skończył się porażką.

 

 

Chłopaki już łowią i co chwila dochodzą wieści o dużych rybach, podsycają i tak już rozpaloną wyobraźnię do granic możliwości. Wytrzymałem choć było bardzo ciężko.
Siedzę w samolocie, Krzysiek zabrał mi większość gratów mimo to bagaż nie mały, lot mija dość szybko. Na lotnisku czeka na mnie Krzysiek, jeszcze 60km i jestem.
Pierwsze wrażenia są niesamowite, żadne opowieści i filmy nie oddadzą w pełni tej atmosfery która tam panuje. Łowisko wygląda jak by od czasów dinozaurów nikt tam nic nie zmienił. Mnogość wysp, wysepek, zwalonych drzew jest nie wyobrażalna a w zasięgu wzroku tylko część jeziora.

Szybka wizyta u właściciela (mała wskazówka zdejmujcie buty przed wejściem) i jazda na stanowisko. Płynę z Krzyśkiem do Markosa tam rozmowy nie mają końca i zostaje u tymczasowych gospodarzy wyspy na noc. Rozmawiamy typowo wędkarskie, jakie użyć przynęty itd.
Teraz postaram się nieco nakreślić wam jaką taktykę obrałem żeby przechytrzyć tutejsze dinozaury. Głównym mentorem jest Krzysiek, jego wiedza jest dla mnie bezcenna, a wyniki z kilku ostatnich dni mówią same za siebie. Mam zamiar zastosować duże ciężarki 200-300 gram, które pewnie zatną rybę a zaraz potem odpadną od zestawu co pozwoli na lepszy kontakt z holowaną rybą i nie pozwoli zaklinować się gdzieś ciężarkowi. Podglądając chłopaków montuje jeszcze przypony strzałowe z żyłki mono żeby mieć dodatkowy wentyl bezpieczeństwa plus dość miękkie wędki mam nadzieje że pozwolą na kontrolę nad rybami. Gadamy, kręcimy zestawy, mówię że chciałbym zobaczyć branie i możecie wierzyć bądź nie, ale nie czekałem dłużej niż 15 min. Jak to mówi Krzysiek marzenia od ręki na cuda trzeba trochę poczekać. Jestem światkiem holu pierwszej ryby którą tu zobaczę. Widać od razu że chłopaki już zdążyli się zgrać, Krzysiek podnosi kija z podpórki i oddaje go Markowi, sam wskakuje do łódki, mija resztę zestawów w czym super pomocne są wskaźniki od solara które pokazują w którym miejscu plecionka łączy się z wodą. Marko już w łódce (taka techniczna podpowiedź, nowe łódki są bardzo niestabilne więc trzeba zachować maximum rozwagi) podglądam jak wygląda hol na Rainbow. Chłopaki dość szybko docierają do miejsca gdzie położyli zestaw i dopiero teraz zaczyna się zabawa, karp holuje ich razem z łódką, nie chce się poddać przez dobre kilka minut, widzę podbierak i już chłopaki wracają. Waga pokazuje 25,5kg – szok!, coraz bardziej nie mogę się doczekać mojego początku a zarazem coraz więcej obaw się wkrada czy dam sobie sam z tym wszystkim radę.
Rano jeszcze po ciemku przeprawiam się do siebie, namiot rozbity, zostało jeszcze do końca uzbroić wędki i na wodę do markerów które dzień wcześniej ustawiliśmy z Krzyśkiem w bankowych miejscach 19. To że ta woda jest niesamowitym miejscem dowiadujemy się dopiero po odpaleniu echosondy, obraz na niej jest po prostu oszałamiający. Pierwsze co mi przychodzi na myśl to widok drzewa które zostało zaatakowane przez korniki. Płynę co chwila z 3-4 metrów robi się 0,5 metra. Mamy tu na dnie całą sieć kanałów którymi podróżują karpie między stanowiskami, cała sztuka polega na odnalezieniu takiej drogi i skuszenie karpi żeby w tym miejscu schyliły się do jedzenia. Założenia niby proste ale nie mam 20 wędek do rozstawienia a więc coś trzeba wybrać. Niestety zrywa się bardzo mocny wiatr co uniemożliwia mi wywiezienie i poprawne postawienie wszystkich zestawów.Decyduje że przeczekam żeby później przez trzy, cztery dni, bo tu tyle zestawy leżą w wodzie, nie mieć wyrzutów sumienia że źle to zrobiłem.
W samą porę spływam, tuż obok na kultowym stanowisku 18 łamie się kolejne drzewo i z hukiem wpada do wody. Chłopaki mimo ciężkich warunków holują rybę, Marko złapał już taką rutynę że nawet łamiące drzewa nie robią na nim wrażenia. Krzysiek już późnym wieczorem holuje kolejną rybę tym razem z brzegu bo sprzyjają ku temu warunki. Zaraz po holu słyszę krzyki i info przez krótkofalówkę 31,700, ciarki mi po plecach przechodzą a chłopaki otwierają kolejną butelkę szampana. Moje wszystkie zestawy też już gotowe, jednak nie liczę na jakieś brania, bo z opowieści wynika że brania następują dopiero po kilkunastu godzinach od wrzuceniu do wody.
Rano jak codziennie przyjeżdża Paskal, właściciel łowiska ze świeżym pieczywem, wymiana informacji i szykuje się do śniadania. Po tym wietrze niesamowita mgła zasnuła całe łowisko. Odczuwam jeszcze zmęczenie, po kilku prawie nie przespanych nocach i po śniadaniu idę z powrotem do łóżka.
Budzi mnie niespodziewane branie, wyskakuje jak by mi się namiot zapalił, nie mogę zebrać myśli, już jestem w łódce choć na pewno nie zrobiłem tego z takim spokojem jak chłopaki, powiedział bym że wręcz chaotycznie. Serce w gardle, tętno na zawał na pewno przy tym wszystkim nie pomagało. Płynę do ryby mam dobre 150 metrów po drodze uwalniam plecionkę z haczyków,napływam na rybę i zaczynam właściwy hol. Ryba mimo że się nie poddaje chyba nie jest zbyt duża, podbierak i powrót. Pierwsza ryba jest lekko ciśnienie tej wyprawy zaczyna puszczać, waga pokazuje 12kg. Po południu poprawka i 16,5 ląduje na macie. Już jest bardzo dobrze. Brania i bardzo dobrze zapięte ryby powodują że zyskuje pewność że wszystko co robię przynosi efekty.
 


 

Postaram się wam nieco przedstawić, technikę nęcenia i łowienia zastosowaną przeze mnie .Na hak numer 4 zakładam dwie kulki dość małe jak na te warunki, jedną tonąca 12 clubmixa i pływająca od Krisa toffi. Razem super te kulki się balansują. Na jeden zestaw dwie kule peletu i parę garści mocno posolonych partykuł. Kulek tylko bardzo delikatnie około 10 szt. na zestaw. Ważne żeby zestaw był jak najbliżej zanęty najlepiej na niej.Troszkę mnie zaniepokoiły stada leszczy które się u mnie spławiały dlatego postanowiłem dawać nieco więcej ziaren niż chłopaki.
Muszę się tu też przyznać że oczywiście jak zwykle pojechała ze mną torba przeróżnych kulek, bo polska natura wygrała i może coś chłopaki ukrywają i nie do końca chcą się podzielić wiedzą, takie zabezpieczenie. Teraz się z tego śmieje, bo taktyka tam jest taka że zestawy leżą dość długo w wodzie i żeby choć części popróbować to chyba roku by brakło. Krótko Panowie łówcie na kulki do których macie 100% zaufania bo szkoda czasu. Ja od niedawna mam do czynienia z clubmixem, ale to co ta kula wyprawia to nawet mnie sceptyka wprawia w zakłopotanie.
Z ostatnich wypraw jeszcze w UK – pierwsza 20+ złowiona przez Polaka, moja 15+ złowiona w grudniu, temperatura wody 2-3 stopnie i ta wyprawa potwierdza to co niektórzy wiedzą od kilku lat stosując tylko ten mix. Ja choć powoli to mam nadzieje iść w ich ślady. Po prostu mam dość wożenia tego tabunu kulek których i tak nie używam.
Dni mijają nie ubłaganie, ryby dopisują łowię pięknego commona 19kg, który już pokazuje że karpie na Rainbow to super przeciwnicy mimo zimy naprawdę dają popalić. A i ja się już odnalazłem i zapanowałem nieco nad emocjami.

Brania mam tylko w dzień i to raczej koło południa,więc jest to czas wzmożonej uwagi. Stoję koło wędek i przyglądam się wodzie, podrywają się kaczki za jedną z wysp, gdzie mam zestaw, to co stało się ułamek sekundy potem zapamiętam na całe życie. Branie mało nie porywa mi wędki,mimo że stałem też obok, trzymam kij ze skręconym kołowrotkiem na max a mimo to słyszę jak klika hamulec, wszystko dzieje się tak szybko że automatycznie daję krok do łódki i teraz ryba ciągnie mnie razem z nią dobre kilkadziesiąt metrów. Odpalam silnik i próbuje zluzować nieco rybie, ryba staje na szczęście bo ja muszę wyplątać plecionką z chaszczy bo podpórka przez którą miałem ją przełożoną została wyłamana.Męczę się wiedząc że tam gdzieś czeka albo już nie dinokarp, udało się karp dalej stoi, płynę za wyspę w miejsce gdzie leżał zestaw. Linka jeszcze wplątana w marker, masakra sekundy lecą jak godziny ,znowu odplątałem i wpływam z duszą na ramieniu w zatokę gdzie łowią chłopaki, nawijam plecionkę, widzę strzałówkę i w tym momenciecie ryba startuje
 

fundując mi istną karuzelę, chłopaki na wyspie widzą co się dzieje i radzą żebym usiadł bo hol mogę skończyć kąpielą. Wędka wygina się do rękojeści a ryba na zmianę pływa tam i z powrotem, modlę się by choć ją zobaczyć, powoli słabnie potem sprawdzam że musiało to być 10-15min jazdy. Widzę przypon za którym wynurza się wielka głowa karpia, jeszcze jeden odjazd i mam ją w podbieraku. Eksplozja radości wiem że jeszcze w życiu na żywo nie widziałem tak dużej ryby. Szybko wracam po drodze proszę Krzyśka żeby do mnie przypłynął. Jestem, mata odhaczenie i do wagi, która nie chcę się zatrzymać, 28,300, zaraz za mną podpływa Kriss i on dopiero koryguje wagę ryby,bo ja w tym szoku zapomniałem że waga do 60kg ma podziałkę co 200 a nie co 100. Mój nowy rekord życiowy 28,600. Robimy serię zdjęć buziak i powrót do wody i pełen szacunek dla niesamowitego wojownika.





Teraz już spełniły się moje marzenia, związane z tą wyprawą, ale jeszcze trzęsą mi się ręce i nie do końca mogę w to wszystko uwierzyć. Otwieram szampana i z Krzyśkiem świętuje sukces, który w dużej mierze zawdzięczam właśnie jemu. Krzysiek wraca a ja do wieczora analizuje cały hol chyba jeszcze kilkadziesiąt razy. Wszystkim życzę takich emocji i wrażeń to esencja naszego hobby i nieważne gdzie czy to będzie glinianka, żwirownia, wielka zaporówka czy też woda komercyjna niech to pozostanie w gestii każdego z nas.
Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i zbliża się dzień wyjazdu, jeszcze doławiam kilka ryb, które również zagwarantowały mi sporą dawkę emocji mimo że już nie udało się przebić wojownika.
Podsumowując to średnio codziennie miałem jedną rybę, wszystkie brania skończyłem sukcesem zawdzięczam to sprawdzonym materiałom które tu miały super test. Jeszcze raz przypomnę żebyście zawsze sprawdzali wszystko po dwa razy.
Żegnamy się z tym niesamowitym miejscem i właścicielem, dostajemy kolejne rezerwacje więc do zobaczenia w 2014.

 

Tekst i zdjęcia: Gulmix

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź