Sandacz a angielska uprzejmość

Sandacz a angielska uprzejmość

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading...
0 467

-Wstawaj masz już kawę zaraz jedziemy – budzi mnie głos żonki. Sobota a ja muszę zawieźć połowicę do pracy, bo jak to kobitka wiecznie ma mało do wydania w sklepie, ale niema tego złego…

 myślę sobie ona do pracy a ja na sandacza. Czuje świeżo parzoną kawkę, źrenice się powiększają rzut oka na zegarek – o ku…. 4.30 mój kochany pracuś wstał o godzinę za wcześnie. – ok. nie nerwuj się – myślę sobie szybki prysznic załatwi sprawę. – co ty wyprawiasz!? – słyszę głosik mojej połowicy- zaraz wyjeżdżamy!- Delikatnie jak tylko może za wcześnie zbudzony chłop poprosiłem, aby przyjrzała się zegarkowi. Ranną ciszę przecina szum wody z prysznica. Dalszą dyskusje pominę, po powrocie zabrałem się do szykowania sprzętu z pudełka wylatują wszystkie blaszki na to miejsce lądują gumy różne, różniste, bo niewiadomo, co akurat spodoba się mętnookiemu. Jako że mam jeszcze godzinkę do świtu postanowiłem sobie umilić czas jakimś filmem. Do ręki wpada mi DVD z „ Gwiezdnymi wojnami” raczej słuchając filmu przygotowuję taktykę, dzień zapowiada się słonecznie, więc polowanie na sandacza ma sens tylko do jakiejś godziny po wschodzie słońca, dosyć przejrzysta woda przepuszczająca zbyt dużo światła nie sprzyja sandaczom. Jest już późna jesień, woda dosyć chłodna, więc agresywne prowadzenie przynęty mija się z celem, muszę być bardzo skoncentrowany brania mogą być bardzo delikatne i trzeba wyczuć, kiedy sandaczysko ma już przynętę w pysku czy tylko ją trąca. Nucąc „Marsz Imperialny” przekładam, zamieniam, przezbrajam. W kuchennym oknie widzę już pierwsze przebłyski budzącego się słońca, spakowany ładuje się do samochodu i ruszam na moje pewne łowisko sandacza, zawsze tam stał więc i dzisiaj liczę na spotkanie. Dojeżdżając do łowiska mijam kilku biegaczy, słońce jeszcze nie wyjrzało z za horyzontu, ale widać już na wschodzie czerwieniące się niebo.

 

Wschód słońca 

 

Mam jakieś dwie do trzech godzinek biczowania wody. Wysiadam łapię za sprzęt zamykam samochód obieram kierunek a tu – good morning – mija mnie pierwszy z biegaczy i kieruj się na ścieżkę biegnącą brzegiem rzek, odpowiadam i podążam za nim dochodząc do brzegu rozwijam sprzęt zaglądam do pudełka wybieram białą gumę kopyto i wiążę na końcu zestawu, kiedy zaciągam węzeł słyszę kolejnego biegacza, który się do mnie zbliża – how are you?- słyszę podnoszę wzrok widzę mężczyznę może koło pięćdziesiątki uśmiecha się do mnie grzecznie odpowiadam odprowadzając go wzrokiem. Ta Angielska uprzejmość, może to i nie szczere, ale miło jest usłyszeć przyjazne pozdrowienie nawet od obcego człowieka, niestety w kraju już mi się zdarzyło usłyszeć nad wodą – e koleżko ja tu nęcę już trzy dni może zmieniłbyś miejsce – „chętnie zmieniłbym twój zgryz” myślę sobie, ale posłusznie ustępuje kolesiowi. Do mojego miejsca jest jeszcze jakieś 300m, z kolejnym muzycznym tematem gwiezdno-wojennym przeczesuje kontrolnie wodę. Trzeci czy czwarty rzut, czuje delikatne szarpnięcie, kilka obrotów korbką następne. Ciekawe, co to? Ponownie zarzucam w to samo miejsce, mniej więcej na tej samej wysokości czuje ostre szarpnięcie, zacinam, pusto- cholera spóźniłem się – myślę sobie, wyciągam zestaw. Ponownie zarzucam, tym razem guma wpada do wody, opada na dno, podrywam zestaw i uderzenie. Siedzi, no w końcu. W rytm muzyki siedzącej w mojej głowie kręcę korbką już wiem, że na drugim końcu siedzi okoń, mały, ale co tam na dobry początek starczy. Podbieram rybę i widzę, że okonek jest może 2/3 większy od kopyta, nawet nie sięgnął haczyka po prostu zaklinował z rozdziawionym pyskiem na ogonie przynęty. Delikatnie pozbawiam go nieprzyjemnego ogona z pyska, buźka i do wody. Aż kusi, aby zmienić przynętę i pobawić się z okoniami, ale nie po to żonka mnie zbudziła tak wcześnie żebym się bawił z drobnicą. Od razu przypomniał mi się cytat Mistrza Yody „ Przywiązaniu by odeszło rycerz pozwolić musi” Zasuwam, więc na moje miejsce, pierwszy rzut trzy obroty i siedzi. Ale mam szczęście. Po chwili moja radość pryska to nie sandacz, odczepiam szczupaka juniora i zabieram się do wymiany przynęty skubaniec tak ją poharatał, że nie nadaje się do użytku. –Cholera – myślę sobie – jak tu siedzi szczupak to z sandaczem może być krucho. Niestety te dwa gatunki nie przepadają za sobą, więc jeśli znajdą się na jednym terytorium z reguły sandacz wygrywa miejsce, które mu się podoba a jeżeli łapie szczupaka na terytorium sandacza…? Dobra niema, co się denerwować, wchodzę głębiej w moje, sandaczowisko, przecież to dopiero początek ich rewiru. W głowie ciągle jakieś tematy z filmu, przeciągam przynętę, uderzenie. Cholera spóźniłem się z zacięciem trzeba się pozbyć tej muzyki z głowy, jestem pewny, że to był obiekt mojego dzisiejszego polowania, ale bierze skubaniec delikatnie i jeżeli nie będę skoncentrowany nie uda mi się zaciąć w tempo. Yoda w mojej głowie powiada „ Oczyścić umysł musisz, aby jasny pogląd na sprawy mieć” – dobra ciebie też muszę się pozbyć mistrzu, bo inaczej d….a zbita – Ten gostek pewnie już nie poprawi, więc przenoszę się kilka metrów dalej, cholera nie pamiętam jak prowadziłem za pierwszym razem, pierwsza próba zarzucam i postanawiam przeciągnąć po dnie. Pierwszy raz, nic kolejne dwa to samo. Ok. teraz skokami posyłam kopyto na drugi brzeg czekam chwilę i podrywam zestaw z dna kilka przeciągnięć bez skutku, przemieszczam się dalej, powtarzam scenariusz. Po którymś razie kolejne branie z opadu, zacinam w tępo siedzi pewnie jak mi się wydaje. Pierwsza faza według scenariusza, czuje na kiju jak bije głową, nie mogę go ruszyć z miejsca, hamulec gra piękną melodie, kiedy próbuje go podprowadzić bliżej. Albo taki duży albo zapomniałem wyregulować sprzęgło w kołowrotku. Jeszcze nie jestem pewny czy to sandacz, ale po chwili jestem już przekonany, na 100% że to obiekt mojego dzisiejszego pożądania. Rusza w moim kierunku, tylko jedna ryba może odstawić taki numer wędkarzowi. Teraz najważniejsze nie dać luzu, bo przy jego twardym pysku może się pozbyć haka, jeżeli tylko dam mu okazje, niema, co liczyć na szczęście, że przynęta wbiła się w nożyczki, pełna koncentracja. Przerwał szarże w moim kierunku zatrzymał się na chwilę i ruszył pod prąd, po jakiś 5-6ciu metrach zmienił kierunek ruszył pod przeciwległy brzeg i znowu w moim kierunku – cwana bestia – myślę sobie cały czas pilnując, aby nie powstał luz na żyłce, świat wokół nie istnieje, jestem tylko ja i mój przeciwnik. Na środku rzeki zatrzymuje się i po chwili przewala się swoim cielskiem na powierzchni wody, jestem już pewny, że to sandacz, widzę jego podwójną płetwę i biały brzuch, kiedy znika pod wodą. Jestem już prawie pewny, że za chwilę na brzegu będę miał sandacza, którego oceniłem go na jakieś 4-5 kilo  – good morning- słyszę za plecami, adrenalina, która się podniosła podczas walki z sandaczem teraz o mało nie rozwaliła mi dekla, chwila dekoncentracji i czuje luz na kiju podniecenie przeradza się w chęć morderstwa – how are you?- odwracam się teraz do następnego obiektu mojego polowania „piep…. angielska uprzejmość” myślę sobie i odpowiadam – a jak myślisz? Właśnie straciłem rybę – nie wiem, co zobaczył w mojej twarzy, ale odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem oddalił się zostawiając mnie samego z moją porażką. Na wschodzie widzę jak słońce wychyla się z za horyzontu, ręce się trzęsą zarzucam, ale to już nie to samo, w głowie słyszę Vadera – chodź ze mną a pokaże ci potęgę ciemnej strony mocy- lepiej wrócę do domu i dokończę oglądać Gwiezdne Wojny.

 

Koniec wędkowania

 

Tekst i fotografie: Dariusz Gorgoń 

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź