Smużąc za kleniem

Smużąc za kleniem

0 488

Miniony sezon cały się skomplikował a to za sprawą ilości deszczów, które nawiedziły Anglię. Tamiza niosła wysoką i brudną wodę. O szczupakach na muchę mogłem zapomnieć. Jeziora zaś oblepione były wędkarzami. Jadę zbadać sytuację nad niewielką klubową rzeczką. Woda jest wysoka, lekko trącona, ale to jest wyjście z beznadziejnej sytuacji. Problem rozwikłany i wszystko od nowa nabiera sensu.
 

 

                                                       Rozpoczynam sezon na klenia!

   Gatunek ten jest dość rozpowszechniony na wyspie. Można go spotkać w bystrych rzeczkach jak i leniwie płynących rzekach i kanałach.

 

 

   Do klasycznych letnich miejscówek należą przelewy, gdzie ryby szukają pokarmu w dobrze natlenionej wodzie. Często też można je spotkać w spokojniejszych partiach wody, w rynnach, zakolach a także pod nawisami gałęzi, z których co jakiś czas spada do wody owad.

 

 

   Dlatego  wszelkiego rodzaju woblery smużaki wymyślono do łowienia właśnie kleni. Są to woblery powierzchniowe, których zadaniem jest imitacja owada, który spadł na powierzchnie wody.

 

 

   Skuteczność tej metody może zaskakiwać a widowiskowość brania pozwala przeżyć wielkie emocje podczas naszej letniej przygody.

 

 

   O powodzeniu naszych starań decyduje w dużej mierze charakter łowiska. Dobrze gdy w rzece, jak i na jej brzegach występuje dużo roślinności. Ryby czują się tam pewniej i nie tak łatwo nam je spłoszyć.

 

 

 

   Wędkowanie rozpoczynam od obserwacji łowiska. Najpierw obserwuję powierzchnię wody. Sprawdzam czy ryba zbiera i o ile to możliwe z ukrycia staram się wypatrzeć ryby.

 

 

   Na powierzchniowe klenie nie musimy się spieszyć. Nie trzeba się zrywać wcześnie rano. Wystarczy być nad wodą przed południem, gdy słońce jest już wysoko i jego światło budzi do życia owady, które wpadając do wody stają się łupem kleni.

 

 

   Nie są to idealne warunki dla nas. W wysokiej temperaturze ubrani po szyje spoceni, musimy przedzierać się przez wysokie pokrzywy i często kolczaste krzaki.

 

 

   Branie, hol i wyjęcie pięknego klenia wywołuje jednak uśmiech na twarzy i szybko zapominamy  o pokąsanych przez kolce rękach i nogach.

 

 

   Sam sposób prezentacji przynęty ćwiczymy nad woda podczas wędkowania i to dostarcza dodatkowej zabawy. Najczęściej rzucam wobler pod przeciwny brzeg, ściągając go delikatnie w poprzek nurtu, lub swobodnie puszczam go pod nawisami gałęzi, lekko tylko oczkując. Gdy jesteśmy w stanie widzieć to co się dzieje w wodzie, mamy nad rybą przewagę i możemy kontrolować całą akcję sterując naszą przynętą.

 

 

   Często ryby podnoszą się z dna do płynącego sztucznego owada. Odprowadzają przez chwilę i nie decydują się na jego zebranie. Coś im nie pasuje. To tak jakby oceniały czy warto czy nie. W  tej sytuacji metodą prób i błędów doszedłem do tego, żeby rzucać im przynętę dosłownie na głowę. Reakcja ryby jest natychmiastowa i szybko kończy się zassaniem woblera.

 

 

   Trzymamy nerwy na wodzy, musimy być pewni, że ryba ma naszego owada w pysku. Zbyt szybkie zacięcie kończy się pudlem dlatego należy trzymać nerwy na wodzy i nie panikować, gdy widzimy rybę zasysającą naszą przynętę. Ja zawsze ustawiam się lekko za rybą (tak na godzinie 4) co pozwala mi  być bardziej niewidocznym dla kleni. Po nieudanym zacięciu ryba nie płoszy się na tyle, żeby opuścić stanowisko. Nie wykonuję żadnych energicznych ruchów. Wobler płynie dalej, po chwili go zwijam i powtarzam wszystko od nowa.

 

 

   Nawet po sprawnej akcji wyholowania klenia, po kilkunastu minutach ciszy wszystko wraca do porządku dziennego i kleksy dalej jakby nic się nie stało pływają w łowisku. One są tu u siebie. A my mamy być jak cień, nie dać się zauważyć. To jest podstawa, jesteśmy wtedy w stanie wyjąć nawet kilka ładnych ryb z jednego miejsca.

 

 

   Nie omijam także prostych płytkich odcinków rzeki, którymi klenie przemieszczają się to w dół to w gore jej biegu a także wygrzewają się w słońcu. Puszczam wtedy woblerki z prądem kusząc klenie, które nie mają tam dużo czasu, by przyjrzeć się dokładnie przynęcie.

 

 

   Sprzęt jakim łowię to krótka wędka o c.w. do 18gr. Krótka dlatego, że umożliwia mi łatwiejsze przemieszczanie się zarośniętymi brzegami (drzewa i krzaki) i mocna na tyle, aby powstrzymać klenia przed wejściem w zawady. Choć zdarzało mi się nawet, że nie mogłem zatrzymać ryby po energicznym braniu, która w ułamku sekundy zrobiła odjazd w zatopione korzenie. Amortyzacją jest żyłka. Stosuję grubość 0,20mm. Wedzisko trzymam wysoko, tak aby żyłka miała minimalny kontakt z wodą.

 

 

   I to chyba na tyle. Teraz Wy musicie znaleźć swój sposób na letniego klenia. Powodzenia nad wodą, jak i dużo wrażeń w poszukiwaniu letniego klenia życzę.

 

 

Tekst i zdjęcia: Marcin Ejankowski

  

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź