Spinningowe ostatki

Spinningowe ostatki

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading...
0 518

Spinningowe ostatki     Tak się szczęśliwie złożyło, że wypadło mi kilka wolnych dni krótko przed sezonem zamkniętym na rzekach, które oczywiście postanowiłem wykorzystać na poszukiwaniu drapieżników ze spinningiem w dłoni.

Pierwszy wolny dzień zaplanowałem na połów okoni nad pięknym jeziorem położonym w sąsiedztwie Blenheim Palace. Pomimo faktu, że jest to woda stojąca tutaj również obowiązuje sezon zamknięty więc była to ostatnia szansa na odwiedzenie tego zbiornika i zmierzenie się z potężnymi garbusami jakie tam pływają.
W zasadzie pomysłodawcą na spędzenie dnia nad Blenheim Reservoir byl Marcin (Chef), który łowi tam dość regularnie. O tej porze roku łowisko otwarte jest od godziny siódmej rano  co niestety oznaczało dla mnie pobudkę o godzinie czwartej. Sprzęt miałem przygotowany już wcześniej, kanapki w lodówce, pozostało tylko zalać herbatę w termosie, zanieść wszystko do samochodu i ruszyć w trasę zabierając po drodze Marcina. Na łowisku jesteśmy kilka minut przed siódmą.

 

 

  

Pogoda nie nastraja nas optymistycznie – jest zimno i wieje z północy a niebo jest przykryte chmurami. Oboje stwierdzamy, że to nie najlepsze warunki na połów okoni. Ja jestem na tym zbiorniku po raz pierwszy więc Marcin wybiera miejscówki i pozostaje przez cały dzień przy wiosłach.

 

  

 

Wodę zaczynamy obławiać od strony stromego brzegu w pobliżu przystani. Po pewnym czasie płyniemy na druga stronę jeziora, gdzie przemieszczamy się wzdłuż brzegu i obławiamy sąsiedztwo podtopionych gałęzi oraz obumarłej roślinności . Wiatr się wzmaga i robi się coraz mniej komfortowo a my ciągle nie mamy brania. Postanawiamy sprobować szczęścia w płytkiej zatoce ze zwalonymi do wody drzewami. Niestety jedyną korzyścią ze zmiany miejscówki jest przebywanie w miejscu osłoniętym od zimnego wiatru. Mija trzecia godzina łowienia a my jesteśmy wciąż bez brania. Opuszczamy zatokę i tym razem postanawiamy zakotwiczyć łódź prawie na środku jeziora w miejscu dającym częściową osłonę przed dokuczliwym wiatrem. Już w po kilku pierwszych rzutach czuję lekkie pukniecie zaraz potem delikatne przytrzymanie. Branie nie przypomina zbytnio okoniowego i kolejne rzuty w to samo miejsce potwierdzają moje przypuszczenia – niewielkim 5cm ripperem zainteresował się szczupak

 

 

Po kilkunastu kolejnych rzutach czuje lekkie uderzenie i stopniowo narastający opór, zacinam a ryba nie wzruszona stoi w miejscu. Po następnej sekundzie linka luzuje się, szkoda bo ryba była duża a delikatny okoniowy kij najwidoczniej nie wbija haka w twardy pysk szczupaka. A może po prosu zbyt słabo i nie zdecydowanie zaciąłem? Na brania szczupaków nie byliśmy przygotowani. Oczywiście liczyliśmy na jakieś tam szczupaki w postaci przyłowu ale jako, że naszym głównym celem były okonie to większe przynęty szczupakowe zostawiliśmy w domach aby nie rozpraszać się zbytnio. Tego, ze szczupaki będą gustować w małych przynętach nie przewidzieliśmy. Marcin rzuca 3 calowe kopyto w miejsce, gdzie ja miałem branie ryby i już po kilkunastu rzutach zacina rybę – najprawdopodobniej tą samą sztukę. Walka nie trwa zbyt długo i po chwili w podbieraku mamy pięknie ubarwionego szczupaka. Ryba nie wydaje się być w najlepszej kondycji co po chwili wyjaśnia się,  gdy odkrywamy fakt, iż szczupak jest ślepy na jedno oko. Pewnie miał nieco utrudnione zdobywanie pokarmu a i w przynętę nie trafił do końca skutecznie, gdyż hak miał na zewnątrz pyska. Szybkie mierzenie i ważenie, kilka fotek i ryba wraca do wody. Szczupak miał 91cm długości.

 

 

Zmieniam swoją przynętę na trochę większą – ten sam kolor tylko inny rozmiar Reno Killera. Kilka rzutów i łowię kolejną rybę. Tym razem szczupak jest mały, więc zostaje wyczepiony przy burcie łodzi i w ułamku sekundy znów jest w toni jeziora.

 

 

 

Najwidoczniej natrafiliśmy na większe zgrupowanie drapieżników, gdyż po następnych kilkunastu rzutach zacinam kolejną sztukę. Ryba walczy dzielnie, jest dość spora i w dobrej kondycji  a emocji dodaje fakt, że łowię delikatnym sprzętem okoniowym. Po kilku chwilach naprowadzam rybę na podbierak, szczupak jest wypasiony i w znacznie lepszej kondycji niż ten złowiony przez mojego towarzysza, ale jak się okazuje krótszy o 3cm – mierzy 88cm.

 

 

 

 

Brania urywają się. Przez kolejne pół godziny nie mamy kontaktu z rybą więc postanawiamy znów popływać po jeziorze i spróbować znaleźć okonie. Skutek jest taki, że Marcin zalicza jedno mocne, najprawdopodobniej okoniowe branie. Wiatr znów daje znać o sobie i jego siła narasta. Obławiamy jescze kilka różnych miejsc jednak nasze wysiłki są bezskuteczne. Ostatecznie wracamy na szczupakową miejscówkę i postanawiamy spędzić tam resztę dnia. Zaliczamy po jednym delikatnym braniu i to wszystko, ryby z pewnością tu są jednak nie mają ochoty na nasze przynęty. Około piątej po południu spływamy do przystani z jednej strony niezadowoleni z faktu, iż nie udało nam się złowić garbusa a z drugiej strony mile zaskoczeni szczupakami. Ogólnie spędziliśmy miły dzień na świeżym powietrzu w pięknej okolicy i coś tam połowiliśmy, tak więc ostatecznie wyprawę uznajemy za udaną. Postanawiamy też, że wrócimy tutaj w czerwcu w poszukiwaniu okoni i  szczupaków. Już się nie mogę doczekać!

     Dzień drugi (jak i trzeci) postanowiłem spędzić na Fenach. Jedni mówią, ze Feny są piękne a dla mnie to przykład jak człowiek potrafi zniszczyć przyrodę. Wyprostowana rzeka o wyglądzie kanału może zniechęcić każdego, szczególnie zima, gdy nie ma wegetacji a nad wodą jest zimno i ponuro a do tego jeszcze paskudny wiatr, który prawie zawsze towarzyszy wyprawom w te odkryte tereny. Brzydkie angielskie rzeki mają jedną wielką zaletę – są w nich ryby dzięki podejściu angielskich wędkarzy i praktykowaniu C&R od wielu lat. Nie oznacza to oczywiście, że ryby wskakują same do podbieraka, wręcz przeciwnie, nie łatwo o sukces. Po powrocie z Blenheim miałem dobre trzy godziny snu i około piątej rano byłem już w samochodzie. Na łowisko dojeżdżam krótko przed siódmą. W pierwszej kolejności sprawdzam szczupakową miejscówkę. Zakładam moją, od jakiegoś czasu ulubioną, szczupakową przynętę i do dzieła. Po kilkunastu minutach ostre branie i siedemdziesiątak ląduje na brzegu.

 

 

 

 Kolejne rzuty nie przynoszą brań. Postanawiam przenieść się w dół rzeki i sprawdzić starą sandaczową miejscówkę. Oprócz leszcza przypadkowo podhaczonego za grzbiet nic się nie dzieje. Ruszam w dalsza drogę sprawdzając kolejne miejsca, niestety brań nie uświadczam. Słońce przebija się przez chmury i dopiero teraz zauważam, że przejrzystość wody jest znacznie większa niż myślałem na początku, wiem już teraz, że za dnia będzie bardzo ciężko o sandacza. W kolejnej miejscówce łowię następnego siedemdziesiątaka bijącego ostro w seledynowe kopyto z opadu, a sandaczy dalej nie widać.

 

 

 

 Kończą mi się powoli pomysły na łowieniu i postanawiam pojechać do domu aby wypocząć trochę przed kolejnym dniem spinningowania, zostać do wieczora nie dam rady a pewności, co do tego, że sandacze ruszą się po zmroku też nie mam.

     Następnego dnia wracam nad Great Ouse z zamiarem spędzenia całego dnia nad rzeką. Moim towarzyszem jest Marek, kolega z pracy, który ryby łowi od zawsze jednak w spinningu stawia pierwsze kroki. I trzeba przyznać, że całkiem nieźle mu idzie! Już po kilkunastu minutach zostaje poproszony o asystę z podbierakiem. Ryba walczy pięknie i na pierwsza próbę podciągnięcia pod powierzchnie reaguje szybkim zrywem wysnuwając kilka metrów plecionki z kołowrotka. O tej porze roku szczupaki są ociężałe i nie walczą tak jak jesienią dlatego po tym co pokazuje wiemy, że ryba jest spora. Ostatecznie szczupak trafia do podbieraka i bez wątpienia jest to nowa życiówka Marka – 95cm i 8,5kg wagi.

 

 

 

Piękna ryba, dobrze odżywiona i o wiele bardziej krępa niż ryby z Blenheim. Łowca trochę się przejął cała sytuacją i trudno było mi go zmusić do lepszego ustawienia się do zdjęcia z rybą, ale nie ma się co dziwić, to pierwszy tak duży szczupak Marka. Łowimy dalej i pomimo faktu, że mam chyba więcej brań to Marek wyciąga kolejne, niewielkie szczupaki a ja na razie bez ryby na brzegu. Dochodzę do wniosku, że większa przynęta wabi je dziś lepiej jednak problemem jest zacięcie, które skuteczniejsze jest w przypadku mniejszych przynęt. Marek łowi 10cm seledynowym Kopytem a ja ćwiczę uparcie  15cm Lunatica. Po kolejnym niewykorzystanym braniu postanawiam coś zmienić i zakładam 12cm Reno Killera. Wreszcie łowię pierwszą rybę – no oko siedemdziesiatak.

 

 

 

Marek w tym czasie ma już chyba cztery sztuki na swoim koncie. Po jakimś czasie postanawiamy sprawdzić inne miejsce. Już po kilku rzutach tracę zaraz po braniu niezłą rybę a Marek wyciąga małego szczupaka. Miejsce, w którym łowimy jest znacznie głębsze od poprzedniego i postanawiam sprawdzić czy przypadkiem nie kręcą się tutaj sandacze. W pierwszych kilku rzutach zaliczam potężne uderzenie, które na ułamek sekundy podnosi poziom adrenaliny lecz szybko uświadamiam sobie, że to branie szczupakowe i już bez większych emocji holuje rybę do brzegu. Szybka fotka i ryba wraca do rzeki.

 

 

 

Postanawiamy ponownie zmienić miejsce. Tym razem Marek bez brania, ja natomiast namierzam niezdecydowanego szczupaka, który uderza kilkakrotnie w różne gumy ale ostatecznie tracę cierpliwość i odpuszczam sobie tę rybę. Przenosimy się na inną miejscówkę, gdzie już po kilku rzutach Marek łowi niewielkiego sandacza.

 

 

 

Miejsce jest dość płytkie z miękkim dnem, ponadto nie złowiłem tu nigdy wcześniej sandacza ale skoro nie ma ich w moich bankowych miejscach to może się przeniosły? Oczywiście trzeba sprawdzić, czy nie ma ich tu w większej liczbie . Dokładne obłowienie miejsca nie przynosi brania i zapominamy o sandaczach przenosząc się na poranną miejscówkę, tą z której złowiona została życiówka Marka. Już po kilku chwilach wędka mojego towarzysza wygina się znacznie  – po raz kolejny los uśmiechnął się  do niego i ma na kiju sporą rybę. Po kilku odjazdach nie jesteśmy w stanie określić co to za okaz, gdyż hol wygląda nieco inaczej jak w przypadku szczupaka czy sandacza a okoń to z pewnością też nie jest. Po minucie sprawa wyjaśnia się, naszym oczom ukazuje się przepięknie ubarwiony lin podhaczony za bok. Ryba jest naprawdę wspaniała wiec pstrykam szybko parę fotek.

 

 

 

W kolejne pół godziny Marek łowi trzy małe szczupaki a ja muszę zadowolić się jedną średnią sztuką. Wiatr wzmaga się i zaczyna trochę przeszkadzać w łowieniu. Robimy sobie małą przerwę na jedzenie i łyk gorącej herbaty po czym wracamy do łowienia – do szarówki zostało niecałe dwie godziny. Wracam do zaufanego 15cm Lunatica i postanawiam nie zmieniać już przynęty do końca łowienia w tym miejscu. Stopniowo schodzę w dół rzeki oddalając się od Marka na kilkadziesiąt metrów. Mam jakieś niewyraźne branie oraz wyjście małego szczupaka zaraz przy samym brzegu. Wykonuję bardzo długi rzut z wiatrem wiejącym pod prąd rzeki, kątem oka widze, że Marek rzucał z prądem w moim kierunku. Zaczynam powolne prowadzenie przynęty nie czując jeszcze zbyt dobrze jej drgań ze względu na spore wybrzuszenie linki w wodzie. Szczytówka zaczyna pulsować w regularnym rytmie, pierwsza myśl jaka przychodzi mi do głowy to, że skrzyżowaliśmy linki rzucając w tym samym kierunku. Szczytówka wygina się coraz mocniej i wszystko zaczyna wskazywać na to, że mam rybę na końcu zestawu, zacinam mocno i jestem już pewien, że to szczupak. Ryba jest spora i walczy zaciekle. Po kilku odjazdach ostatecznie znajduje się w podbieraku i rozmiarowo wygląda podobnie do szczupaka z rana. Przez głowę przechodzi nam nawet myśl, że to ten sam szczupak. Miarka wskazuje 96cm i 8,5 kg wagi – czyżbym pomylił się w mierzeniu szczupaka z rana aż o centymetr? Ostatecznie wątpliwości zostają rozwiane, gdy w domu porównuję zdjęcia i okazuje się, że były to dwie różne ryby.

 

 

 

Wykonujemy jeszcze po kilka rzutów i postanawiamy zakończyć łowienie. W drodze do domu zmieniamy jednak zdanie i zahaczamy o sandaczową miejscówkę aby spróbować szczęścia po zachodzie słońca. Moje przypuszczenia sprawdzają się i okazuje się, że sandacze w tej dość klarownej wodzie zaczynają na dobre żerować po zmroku. Na kilka brań zacinam dwie niewielkie ryby, również Marek łowi dwa sandacze nie odbiegające rozmiarami od tych, które ja złowiłem. Jesteśmy już naprawdę zmęczeni i postanawiamy tym razem już ostatecznie zakończyć łowienie. Dzień uważamy za niezwykle udany, było sporo brań w ciągu całego dnia a dwie wielkie ryby sprawiły nam sporo radości. Szkoda, że to już ostatnie spinningowanie na Great Ouse przed 15 czerwca.

 

Tekst: Artur Brzozowski
Zdjęcia: Artur Brzozowski, Marcin Ejankowski, Marek Czarnota

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź