Tęczaki z Hanningfield

Tęczaki z Hanningfield

0 337

Wyprawa miała miejsce w ostatnich dniach maja bieżącego roku a jej celem był tęczak z dużej wody, jaką jest zbiornik retencyjny Hanningfield Reservoir. Sam zbiornik oraz zasady na jakich można tam wędkować zostaną opisane wkrótce. Zapraszam do lektury całego artykułu, a jeśli przyjdzie wam ochota aby wybrać sie nad tą wspaniałą wodę odsyłam po więcej informacji na forum.

 

 

 

 

 

Wyruszamy z domu krótko przed siódmą. Przystań wędkarska jest otwierana o ósmej ,więc mamy sporo czasu na spokojny dojazd na miejsce. Ostatecznie docieramy nad zbiornik kwadrans przed ósmą dzięki czemu możemy na spokojnie zmontować sprzęt oraz rozejrzeć się po okolicy. Widok dużego zbiornika zachęca do łowów. 

Punktualnie o ósmej otworzono sklep wędkarski mieszczący się w budynku fishing lodge, do którego to udajemy się aby kupić jednodniowe zezwolenie oraz wypożyczyć łódkę. Po kilkuminutowej pogawędce ze sprzedawcą podpisujemy oświadczenie o zapoznaniu się z zasadami korzystania z łodzi na zbiorniku. Od sprzedawcy dowiadujemy się również o kilku miejscówkach, w których można liczyć na rybę. Po kilku chwilach udajemy się w kierunku pomostu z zacumowanymi łódkami. Przed wejściem na pomost zostajemy zatrzymani przez osobę wydającą łodzie i poproszeni o ubranie kamizelek ratunkowych, bez których nie wolno nam wsiąść do łodzi. Potem krótkie objaśnienie odnośnie silnika (Mariner , 5hp, czterosuw) i wypływamy!

 

 

W pierwszej kolejności udajemy się na miejscówkę, o której poinformowano nas w sklepie. Tak jak polecono ustawiamy się około 150m od brzegu i pozwalamy aby fala znosiła nas wzdłuż brzegu. Ryby stoją ponoć na przeciw małego półwyspu. Brania z tego napłynięcia niestety nie mamy jednak obserwujemy wędkarza na łódce obok, który traci średniej wielkości pstrąga, gdy ten wyskakuje w powietrze krótko po braniu. Kiedy fala znosi nas poza obszar spodziewanych brań podpływamy na silniku pod falę i pozwalamy łódce dryfować po raz kolejny. To napłyniecie również nie przynosi oczekiwanego brania.

Decydujemy się na oddalenie od brzegu i poszukanie ryb bliżej środka zbiornika. Wiaterek zaczyna się wzmagać przez co dryfujemy trochę szybciej niż za pierwszym i drugim podejściem. Łowimy na sprawdzone na tym łowisku obrotówki prowadzone średnim tempem około 1m pod powierzchnią wody. Pierwszy branie odnotowuje Krzysztof. Pstrąg jest spory i walczy zaciekle. Po kilku chwilach podbieram zmęczoną rybę, która jak się później okazuje jest największą rybą dnia.

 

Wiedząc z wcześniejszych doświadczeń na tym zbiorniku, iż należy spodziewać się co najmniej kilku ryb w jednym miejscu oddaje szybko podbierak z ryba w ręce łowcy i czym prędzej posyłam przynętę w kierunku przypuszczalnego stanowiska pstrągów. Branie jest  natychmiastowe. Ryba jest niestety sporo mniejsza ale i tak niewiele brakuje jej do kilograma. Po krótkiej walce podbieram tęczaka ręką (Krzysztof nie uporał się jeszcze ze swoją zdobyczą). Zanim obydwoje jesteśmy gotowi do dalszego łowienia fala znosi nas prawie pod sam brzeg. Trzeba wrócić na silniku i powtórzyć procedurę od początku. Kolejne napłynięcie przynosi mi dwie ryby, w tym jedną prawie dorównującą wielkościowo tęczakowi Krzysztofa, którego szczęście jakby opuszcza.

 

Fala wzmaga się na dobre i postanawiamy popłynąć prawie na drugi koniec zbiornika aby dryfować przez spory obszar wody w poszukiwaniu grupek pstrągów. Zaczyna padać, do tego wiatr przybiera na sile i robi się niezbyt przyjemnie. Każde niefortunne napłynięcie na fale powoduje chłodny prysznic, jednak muszę przyznać, że Krzysztof zachowuje się po koleżeńsku i siedząc bliżej dziobu bierze prawie wszystko na siebie:)

 

 


Dryfujemy dość długo przez całą długość zbiornika, tym razem bez brania. Kiedy jesteśmy jakieś 100m od brzegu postanawiamy połowić trochę z jednego miejsca i rzucić kotwicę, jak się później okazało w dość niefortunnym miejscu. Na kotwicy stoimy około godziny, cały czas bez brania, aż wreszcie postanawiamy wrócić do taktyki dryfu. I tu pojawia się problem – nie możemy wyciągnąć kotwicy! Próbujemy ciągnąć we dwoje  – ani drgnie! Kotwica utknęła na dobre i w zasadzie tylko przyciągamy łódkę nad złośliwy zaczep. W pewny momencie ciągnąc uparcie we dwoje obniżamy niebezpiecznie jedną z burt łodzi, która jest w tym momencie ustawiona wzdłuż fali. Finał był przewidywalny. Kolejna większa fala wpada do łódki mocząc nas od pasa w dół. Dodatkowo w jednym momencie na dnie łodzi znajduje się kilka centymetrów wody co oznacza mokro w butach! Dajemy za wygraną. Jedynym wyjściem z sytuacji jest porzucenie kotwicy. Odwiązujemy kotwiczną linę zakończoną małą bojką i zostawiamy ją w wodzie. Ciekawe co powiedzą na przystani?

Podpływamy znów na silniku na nawietrzny koniec zbiornika i pozwalamy się nieść fali. Po pewnym czasie napotykamy po drodze kilka większych bojek i przywiązujemy się do jednej z nich aby po raz kolejny połowic stacjonarnie. Znów nie odnotowujemy żadnego brania. Zaczynamy kontynuować dryf, wciąż bez brań. Ewidentnie nie możemy trafić na ryby.

 

Pora wyciągnąć wnioski. Wszystkie brania mieliśmy z jednego niewielkiego obszaru, na którym postanawiamy się skupić do końca dnia. Podpływamy pod falę i ustawiamy się tak aby znosiło nas dokładnie nad miejsce, w którym według nas stoją ryby. Decyzja okazuje się trafna, gdyż już z pierwszego napłynięcia Krzysztof łowi swojego drugiego pstrąga. Kolejne napłynięcia przynoszą mu kolejną rybę i kilka spięć. Ja niestety nie mam brań i pomimo  usilnych starań nie mogę tego zmienić aż do końca dnia. W pewnym momencie, gdy moja przynęta jest już na tyle blisko łodzi że mogę ją zobaczyć obserwuję sporą rybę śledzącą obrotówkę. Ryba nie atakuje przynęty lecz zawraca prawie przy samej burcie. To daje do myślenia. Do tej pory byłem przekonany, że kluczem na złowienie ryby jest jej znalezienie. Okazuje się jednak, że tęczaki potrafią być wybredne i brać delikatnie. Świadczyć może o tym zaobserwowana przeze mnie ryba oraz fakt, że Krzysztof miał sporo spięć najprawdopodobniej delikatnie biorących ryb.

 


Wędkowanie kończymy około siedemnastej, czyli wcześniej niż powinniśmy spłynąć do przystani. Ja niestety muszę być wcześniej w domu ale w zasadzie mamy dość i szybszy koniec dobrze nam robi. Na przystani wspominamy o straconej kotwicy. Kiedy objaśniam, gdzie ją porzuciliśmy dowiadujemy się o jakiejś rurze biegnącej po dnie w tamtym rejonie  – sprawa staje sie jasna, przeciwnik był nie do pokonania.

Podsumowując spędziliśmy wspaniały dzień nad pięknym i rybnym zbiornikiem z rybami w roli glównej, niczego więcej nie można było oczekiwać. Naprawdę warto wybrać się nad tą wodę. Jedyną rzeczą, o której musimy pamiętać to, że spinning dozwolony jest w każdą środę. W pozostałe dni tygodnia łowimy tylko na muchę.

 

Tekst i Zdjęcia Artur Brzozowski

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź