Veni, vidi, vici!

Veni, vidi, vici!

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (No Ratings Yet)
Loading...
0 459

Sobota, 4 kwietnia 2009. Godzina 7.00. Cel – łowisko komercyjne umiejscowione na polu golfowym w moim mieście Peterborough i znajdujące się w jego toniach, szczupaki, okonie, pstrągi tęczowe i potokowe czyli jak to Anglicy mówią  „ brown trout”. Jezioro około 30ha, położone między trzecim i ósmym dołkiem pola golfowego…

 

Dochodzimy do bramki zamykającej dostęp do wysepki gdzie urzęduje opiekun łowiska niestety, umówione spotkanie dzień wcześniej i bramka zamknięta. Kolega nie wytrzymuje i rozkłada sprzęt, postanowił rozpocząć, z nadzieja, że właściciel się nie zdżaźni. Wyciągam aparat i pstrykam kilka zdjęć dzikim gęsiom, które jak się później okazało nie były tak zupełnie dzikie. Nagle… krzyk, oglądam się i widzę wygięty kij Sebastiana, podbiegam z aparatem i staram się dokumentować przebieg holu, po kijaszku widać, że to nie byle, jaka sztuka, kumpel stwierdza, że ma szczupłego, mimo że nie widzimy jeszcze, co zagryzło kopyto. Po kilku minutach widzimy w przejrzystej wodzie obiekt zamieszania, blisko metrowy szczupol walczy na końcu zestawu, podprowadzenie do pomostu pewny chwyt, sesja i machamy na pożegnanie.

 Bieg do sprzętu zaczynam montować, wyciągam wędzisko z pokrowca, składam do kupy, opieram o ławkę, sięgam do plecaka po mój ulubiony młynek – D A R E K!!!- odwracam się i jak bym już to widział dzisiaj, – ale mnie wkurza – sobie pomyślałem, chwytam za aparat i biegiem po śladach, cykam, adrenalina buzuje jak bym to ja trzymał węde, – ha ha znowu szczupły – krótki komentarz Seby. Hol nieco krótszy, ale kiedy widzimy go pod powierzchnią wody – o w mordę chyba nieco większy od poprzedniczki.

 

 Na samą końcówkę walki zjawia się opiekun łowiska, gratulacje i pytanie – chcesz go zabrać?- Patrzymy na siebie, na rybę wypchaną ikrą, i jak na zamówienie stwierdzamy wraca do wody. Krótka reanimacja pa pa ogonkiem i po łódkę. Ale się będzie działo – se myślę, wskakujemy do łajby, kumpel był tu wiele razy, więc prowadzi, obławiamy po kolei miejscówki. I  uwierzycie? Nic, kompletnie nic. Około południa spływamy pod wysepkę gdzie urzęduje opiekun, z daleka widzimy zamkniętą bramkę, więc płyniemy na prawo gdzie będzie widać jak nadchodzi, zmieniam przynętę coś tam ględzimy o połowach w Polsce, rzucam, odkładam wędkę sięgam po picie, dwa łyki, węda w dłoń podrywam i zaczynam nawijać. Leciutkie przytrzymanie – zaczep- pomyślałem i podcinam, aby uwolnić przynętę. Kij w pałąk i nic, – pewnie zostanie w wodzie- krótka, jakże logiczna myśl. Miałem już prosić o wyciągnięcie kotwicy, a tu nagle jak w wierszu Tuwima – Najpierw powoli jak żółw, ociężale…- MAM!!! Krzyczę Seba się zwinął i obserwuje moja walkę. Coś tam gadamy, staram się oderwać od dna tę lokomotywę, ale ona prze naprzód, zatrzymuję się to odda mi parę metrów żyłki to znów zabierze, walka się przedłuża a ja kuźwa nie mam stalki. Po jakimś czasie mogę stwierdzić, że teraz ja kontroluje sytuacje, kumpel łapie podbierak i obserwuje, szczupak w końcu się pokazuje, widzę gumę wpiętą centralnie w górna szczękę – jest szansa – pomyślałem, końcówka holu, ile to ja się naczytałem o tym momencie, a ile widziałem takich sytuacji, jedni ze spokojem czekali na wyczerpanie przeciwnika, inni chcieli szybko, i jednym i drugim zdarzało się, że ryba spadała w tej fazie holu i jak zakończyć ten motyw? Ano szybka akcja kolegi zakończyła moje rozmyślanie na temat końcówki holu, – co się będziesz bawił, jeszcze ci spadnie- skwitował wciągając podbierak z moim kolosem do łodzi. – Bież aparat tera ja jestem gwiazda – kilka zdjęć, micha od ucha do ucha, reanimacja i sobie popłynęła.

 

Do chwili przyjścia odźwiernego złowiliśmy jeszcze po dwie sztuki w granicach 3-5 kg, ale te pierwsze nie dały się pobić. Nie byłem zwolennikiem połowów na tego typu łowiskach, ale dzisiaj zmieniłem zdanie. Jest to alternatywa, kiedy na dzikich rzekach Anglii trwa sezon ochronny, bo przecież trzy miechy bez kijaszka to tortura nie na moje siły.
Veni, Vidi, Vici. I w przyszłym tygodniu też jadę.

 

 

Tekst i zdjęcia: Dariusz Gorgoń

Brak komentarzy

Zostaw odpowiedź